Praktyka ta ma bardzo wielu zwolenników, ale i przeciwników.

My mamy dziś dla Was historię Sam, która zdecydowała się na wynajęcie swojego brzuszka zrozpaczonemu małżeństwu. Została ona opowiedziana z perspektywy przyjaciółki kobiety, która nie była do końca przekonana, co do jej pomysłu, ale postanowiła ją wspierać.

Słyszałam wcześniej powiedzenie, że „życie jest darem” i po części je rozumiałam, ale teraz ma ono dla mnie zupełnie nowe znaczenie. Byłam świadkiem i miałam przyjemność fotografować czas, w którym moja przyjaciółka Sam, podjęła się urodzenia dzieciątka parze, która bez jej pomocy nie mogłaby go mieć. Przechodziłam z nią przez cały proces – od czytania historii przyszłych rodziców o ich zmaganiach z bezpłodnością, po dzień narodzin. Widziałam ich zaangażowanie – codziennie dzwonili, pytali czy wszystko dobrze, jak się czuje, czy czegoś nie potrzebuje. (. . .)

Rodzice mieli przylecieć (byli aż z Hiszpanii) w czwartek 10 sierpnia, czyli dokładnie z początkiem 37 tygodnia ciąży. Razem z Sam żartowałyśmy, żeby nie było tak, że zacznie rodzić już w dniu, w którym wylądują…

Dzień przed ich lotem poszłyśmy na lunch i na pedicure. Znów śmiałam się, że mam nadzieję, że pedicure nie sprawi, że rozpocznie się akcja porodowa.

Następnego ranka o 5 godzinie obudził mnie telefon.

To była Sam! Czuła, że rozpoczął się poród. Chciałam dostać się do niej, jak najszybciej, ale utknęłam w korku. Najgorsze było jednak to, że przyszli rodzice maleństwa mieli przybyć do szpitala dopiero następnego dnia około godziny 19!

Nikt nie był pewien, jak to wszystko będzie wyglądało, ale na szczęście akcja porodowa przebiegała bardzo wolno… Było mi niesamowicie trudno patrzeć na cierpienie Sam. Jednak ona była bardzo dzielna, przez cały czas otrzymywała leki, które pomogły przejść jej przez to wszystko, a położna była prawdziwym aniołem. (. . .)

Wszystko jednak bardzo mocno się przedłużało. Istniała możliwość wdania się infekcji. Frustracja Sam i poczucie porażki rosło w niej. Kiedy położna sprawdziła rozwarcie, okazało się, że nie powiększyło się ani trochę. (. . .)

W ciągu kilku chwil skurcze stały się coraz silniejsze, a bóle coraz mocniejsze. Pobiegłam do położnej, która wyszła do lekarza po radę, aby poinformować o tym, co się dzieje. (. . .)

Nagle kiedy pojawił się kolejny skurcz, Sam wyglądała jakby zobaczyła ducha. Powiedziała, że to było zupełnie inne uczucie niż dotychczas. I rzeczywiście! Okazało się, że malutka Sandra zaczęła wychodzić na świat! Pojawiała się jej główka! Pobiegłam szybko po aparat, który dosłownie chwilę wcześniej odłożyłam.

Położna natychmiast podbiegła do Sam. Ja zaczęłam robić jak najwięcej zdjęć. Przyszli rodzice Sandry pojawili się dosłownie chwilę wcześniej.

Kiedy pielęgniarka podniosła dziewczynkę, rodzice nie kryli wzruszenia i patrzyli z podziwem. Położyła malutką na piersi Sam.

Wszyscy płakali, ja również…

To wszystko nie było tym, czego się spodziewaliśmy… Sandra była w końcu na świecie… Po wielu trudnościach – zdrowa i bezpieczna. Jej przyszli rodzice odetchnęli z ulgą. Kiedy odcięto pępowinę, jej mama w końcu mogła wziąć ją na ręce…

Sam patrzyła na to z najwspanialszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widziałam u niej. Oni przytulili się i zanosili od łez z wszechogarniającego ich szczęścia. Wszyscy byliśmy przy przyjściu na świat tej wspaniałej małej dziewczynki.

To był moment, którego nigdy nie zapomnę. Widziałam w Sam miłość, która popchnęła ją ku temu ważnemu zadaniu, ku byciu surogatką. Teraz rozumiałam, dlaczego to zrobiła. Ci rodzice byli tacy szczęśliwi…

Nie ma większego daru niż dar życia – musimy go pielęgnować.