Był rok 1973. W samochód 20-letniej wówczas Cheryl, córki Michaela Landona, wjechał na autostradzie inny pojazd. 

Czwórka jej znajomych zginęła na miejscu, a ona w stanie krytycznym trafiła do szpitala.

- Wtedy zawarłem pakt z Bogiem. Jeśli ocali moją córeczkę, zrobię wszystko, by wyprodukować coś, co byłoby w stanie pomóc ludziom - wyznał aktor magazynowi "People".

Jego prośby zostały wysłuchane, Cheryl wróciła do zdrowia...


Hit potrzebny od zaraz

10 lat później, stojąc w korku, aktor przypomniał sobie o tym zdarzeniu. - Siedziałem za kierownicą i obserwowałem, jak ludzie trąbią na siebie i posyłają w swoim kierunku "wiązanki". Wówczas pomyślałem: "Fajnie byłoby zrobić serial, który pokazałby, o ile zdrowsze i przyjemniejsze jest kroczenie przez życie, będąc dobrym i miłym - Landon wyjawił genezę powstania serialu.

Tajemnicą poliszynela był jednak powód, dla którego wybrał właśnie ten moment. Michael desperacko szukał pomysłu na serial, który przywróciłby mu miłość i szacunek publiczności. Od zakończenia "Domku na prerii" minął rok, a on sam stał się bohaterem skandalu. I tym razem nie chodziło o jego problem z alkoholem, ale o... miłość!

Amerykański przykład wzorowego męża i ojca po 19 latach małżeństwa porzucił swoją rodzinę - żonę Marjorie Lynn Noe oraz piątkę dzieci - i odszedł do poznanej na planie "Domku..." młodszej o 20 lat makijażystki Cindy Clerico. Dziś taki romans nie złamałby kariery nikomu, ale w latach 80. okazywał się dla gwiazd zgubny.

Twarz anioła

Z pomysłem na nowy serial Landon udał się do szefów NBC. Ci nie widzieli w nim potencjału, ale pod wpływem siły argumentów postanowili jednak dać mu szansę.

Ten miał dwa warunki: koniec ze studyjnymi lokalizacjami (sztuczne scenografie od początku były solą w oku Michaela, który dał upust swoim frustracjom, kiedy po zakończeniu "Domku..." spalił kartonowe dekoracje) oraz angaż Victora Frencha. Początkowo szefowie stacji widzieli w roli Marka Gordona młodszego aktora, ale w końcu ulegli naciskom pomysłodawcy serialu.

Już po premierze,  19 września 1984 r., okazało się, że Landon po raz kolejny miał nosa. Jego nowe wcielenie - Jonathana, który powraca na ziemię pod postacią anioła i pomaga ludziom - podbiło serca publiczności. "Autostrada do nieba" stała się kolejnym sukcesem w filmografii Landona, a jemu samemu przemysł telewizyjny nadał nowy przydomek: "Jezus z Malibu". Dobra passa trwała cztery lata.

Pod koniec 4. sezonu widownia zaczęła się wykruszać. Na początku lata 1988 r. szefowie NBC poinformowali, że kolejna seria "Autostrady..." będzie ostatnią. Jesienią, tuż po emisji pierwszego odcinka nowej transzy, władze kanału zmieniły godzinę nadawania, potem dzień, a po miesiącu całkowicie wyrzuciły go z ramówki.

- Mieliśmy stałą widownię, ale ciągłe zmiany emisji zabiły nasz serial - powtarzał w tamtym okresie rozgoryczony Landon. NBC przywróciło "Autostradę..." na antenę następnego lata, by wyemitować zaległe odcinki.

Pechowa 54.

4 sierpnia 1989 r. widzowie w USA zobaczyli ostatni odcinek "Autostrady do nieba". Zaledwie jedenaście dni po emisji wielkiego finału, w wieku 54 lat zmarł na raka płuc Victor French. Dwa lata później (1 lipca 1991 r.), także w wieku 54 lat swoją walkę z nowotworem - tym razem trzustki - przegrał Michael Landon. Jonathan Smith był ostatnim serialowym wcieleniem w jego filmografii.