Próba, choć początkowo zaplanowana na 2:30, wskutek opadów deszczu zaliczyła niewielkie opóźnienie. Ładunek plutonowy o mocy 20 kiloton został odpalony dokładnie o godzinie 5:29:45. Siła wybuchu była tak wielka, że w promieniu 320 kilometrów zadrżały szyby w oknach. Powstał też krater szeroki na 9 metrów i głęboki na 1,5 metra, a pobliski piasek uległ stopieniu, przekształcając się w zielony, radioaktywny trynityt.

Jako symbol świat zapamiętał jednak inny efekt uboczny wybuchu, a mianowicie ponad 12-metrowy grzyb atomowy, czyli chmurę pyłów i aerozoli powstałą w wyniku uniesienia nagrzanego powietrza. To właśnie owa chmura stanowi dzisiaj popkulturowy obraz bomby atomowej.

Władze Stanów Zjednoczonych przed pewien czas utrzymywały test w tajemnicy. Początkowo mówiono o przypadkowym wybuchu składu amunicji. Dopiero w 1946 roku, gdy broń jądrową wykorzystano już w walce przeciwko Japonii, społeczeństwo poznało prawdę. Natomiast na odtajnienie wszystkich detali świat czekał do roku 1976.

Hiroszima i Nagasaki

Jak wiadomo z lekcji historii, wkrótce po udanych testach poligonowych Ameryka użyła bomby atomowej w walce zbrojnej, i to od razu zastosowano aż dwa ładunki.

Po kapitulacji hitlerowskich Niemiec w drugiej wojnie światowej w maju 1945 roku, jedynym istotnym wrogiem Aliantów pozostawało Cesarstwo Japońskie. Duma Japończyków nie pozwalała im na złożenie broni. Kosztem ogromnych strat w ludziach i sprzęcie pragnęli walczyć do ostatniej kropli krwi.

Zmęczony Zachód, również wobec nacisków społecznych, nie chciał kolejnych masakr swych żołnierzy. Dlatego Ameryka wybrała rozwiązanie bezkompromisowe. 6 i 9 sierpnia dwie bomby atomowe spadły na, odpowiednio, Hiroszimę i Nagasaki. Pierwsza o mocy około 16 kiloton, druga zaś – 22 kiloton.

Skutki okazały się druzgocące. Szacuje się, że bomby każdorazowo zabiły nie mniej niż 70 tys. osób. Drugie tyle zmarło do końca 1945 roku na skutek urazów popromiennych, a do lat 60. udowodniono jeszcze 800 przypadków zgonów związanych z promieniowaniem, w tym 440 nowotworów i 250 popromiennych zawałów serca. Prócz tego wybuchy niemalże doszczętnie zburzyły zabudowę.

Alianci osiągnęli swój cel. Japonia 2 września 1945 roku podpisała akt bezwarunkowej kapitulacji, co przyjmuje się za ostateczną datę zakończenia drugiej wojny światowej.

Nuklearny strach

Ale polityczno-społeczna kariera bomby atomowej miała się dopiero rozpocząć, pomimo że w walce żaden inny ładunek tej kategorii po dziś dzień użyty nie został. Widząc japońską hekatombę, świat przypisał broni nuklearnej status wszelkiego możliwego zła.

Przyczyniła się do tego zwłaszcza tzw. zimna wojna, czyli datowany na lata 1947 – 1991 czas szczególnych napięć ideologicznych, politycznych i militarnych pomiędzy USA a ZSRR. Komunistyczny Związek Radziecki i kapitalistyczne Stany Zjednoczone rywalizowali o globalne przywództwo, szachując się m.in. pociskami z ładunkiem nuklearnym.

Niczym na przełomie lat 50. i 60., kiedy najpierw Ameryka umieściła pociski balistyczne na terenie Wielkiej Brytanii, Włoch i Turcji, a następnie Rosjanie odpowiedzieli własnymi bateriami na Kubie. Jakby oba mocarstwa nawzajem przykładały sobie nóż do gardła. Obie strony konfliktu doskonale wiedziały, że perspektywa użycia broni jądrowej budzi paniczny strach wśród zagrożonych takim atakiem. Rany z Hiroszimy i Nagasaki wciąż pozostawały stosunkowo świeże.

Tuż przed śmiercią w 1955 roku legendarny fizyk Albert Einstein przyznał nawet: "W życiu popełniłem jeden poważny błąd. Podpisałem list do prezydenta Roosevelta, popierając budowę bomby atomowej”.

Tymczasem strach się wzmagał. Wprawdzie w sierpniu 1963 roku ponad 100 państw podpisało o układ o zakazie naziemnych, podwodnych i kosmicznych prób jądrowych, ale niespełna rok później swoją bombę skonstruowali i z powodzeniem przetestowali Chińczycy. Każdy, kto chciał się liczyć w sferze militarnej, musiał mieć swoją bombę atomową: Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Wielka Brytania, Francja, Chińska Republika Ludowa, Indie, Pakistan, Korea Północna.

Bomba atomowa? Są "większe" zagrożenia

Z czasem jednak sprawę ewentualnej wojny zaczęto rozpatrywać inaczej. Żaden konflikt nie służy przecież temu, aby zniszczyć wszystko dookoła. Rywalizujące państwa zawsze mają cele polityczne i gospodarcze. Licytacja na pociski nuklearne nie ma sensu. Dwaj wrogowie tylko obrócą się wzajemnie w ruinę, nie zyskując dosłownie niczego - a za to tracąc ludzi i infrastrukturę.

Namacalnym dowodem jest traktat o całkowitym zakazie prób jądrowych z września 1996 roku, podpisany przez 44 państwa, również Polskę.

Popkulturową rolę bomby atomowej jako narzędzia strachu w coraz bardziej dynamiczny sposób przejmują inne zagrożenia. Nieznane albo omawiane ledwie szczątkowo jeszcze 100 lat temu.

Szaleniec, który zdetonuje amatorski ładunek w centrum handlowym bardziej działa na wyobraźnię, niż bomba atomowa z Hiroszimy. Z drugiej strony - świat kręci się wokół dużych zbiorów danych i systemów teleinformatycznych, a nie brutalnej siły wybuchów jądrowych. Atak hakerski przeprowadzony na kluczowe systemy pozwoliłyby na całkowite przejęcie infrastruktury dowolnego państwa w Europie Zachodniej czy Ameryce Północnej. Bez zniszczeń, które później trzeba byłoby naprawiać za bajońskie sumy. Witamy w XXI wieku.