Gdy został Brandonem w "Beverly Hills, 90210", nie mógł przejść ulicą, by nie otoczył go tłum rozhisteryzowanych fanek. - Dziwię się, że udało mi się przetrwać ten okres - mówił po latach Jason Priestley.

Przyznaje, że za swoim serialowym wcieleniem nigdy nie przepadał. Nie był wcale ani tak grzeczny, ani tak i ułożony jak jego bohater. Miał epizody z alkoholem i narkotykami, wiele imprezował, uwielbiał wyścigi samochodowe, a podczas wypadku w 2002 r. otarł się o śmierć.

Z serialu odszedł bez żalu. Po 9 latach spędzonych na planie był zmęczony i chciał zaangażować się w inne projekty. Jednak mimo że nigdy nie zdobył już tak wielkiej popularności, nie narzeka.

Chociaż wciąż można oglądać go na ekranie, obecnie najchętniej realizuje się jako reżyser. Ma już na koncie parę produkcji i wciąż pracuje nad kolejnymi.

"Nienawidziłem go"

Karierę zaczynał od reklam, później pojawiał się w filmach telewizyjnych i serialach. Przełom nadszedł w 1990 r., gdy zaproponowano mu rolę 16-letniego Brandona Walsha w "Beverly Hills, 90210".

Priestley, wówczas 21-letni, błyskawicznie stał się idolem nastolatków i doczekał się dwóch nominacji do Złotych Globów. Dziewczyny oszalały na jego punkcie. Aktor wspominał, że aby móc spokojnie spędzić czas z rodziną, musieli wyjechać za granicę, bo fanki nawet na moment nie dawały mu spokoju. Co bardzo go dziwiło, bo uważał Brandona za okropnego i nudnego bohatera.

- Nienawidziłem go - mówił o swojej postaci w "Daily Mail". - Ale to właśnie dzięki tej roli moja kariera ruszyła z miejsca.

"Czułem niesmak"

Po dziewięciu latach podjął decyzję o odejściu z serialu.

- Kiedy odchodziłem, czułem tylko niesmak - wspominał swój ostatni dzień na planie w "Daily Mail". - Nakręciłem scenę ze swoim następcą i tyle. Uściskałem ludzi z ekipy, zabrałem pudełko ze swoimi rzeczami, wskoczyłem do samochodu i odjechałem. Nie było żadnego pożegnania, hucznej imprezy, nic. Czułem, jakbym zmarnował dziewięć lat swojego życia.

Przyznawał, że rezygnacji z roli żałował tylko z jednego powodu - wiedział, że pogorszy to jego relacje z twórcą serialu, Aaronem Spellingiem.

- Myślę, że moje odejście go zraniło - mówił. - Przez te wszystkie lata byliśmy sobie bardzo bliscy. Dał mi szansę na rozwinięcie moich umiejętności. Naprawdę, nie chciałem zrobić mu przykrości.

Reżyserskie wprawki

To właśnie Spelling jako pierwszy uwierzył w talent Priestleya i dał mu szansę, aby chłopak sprawdził się jako reżyser.

- Wiele się od niego nauczyłem - przyznawał aktor. - Pozwolił mi wyreżyserować jeden odcinek trzeciego sezonu. W czwartym sezonie dostałem dwa, w piątym trzy, w szóstym aż pięć. Rozbudził moją ambicję.

To właśnie zachęciło go do obrania nieco innej ścieżki. Chociaż dalej grał, nie krył, że znacznie większą przyjemność sprawia mu praca po drugiej stronie kamery.

Pocieszenia szukał w używkach

Ale pierwsze lata po odejściu z serialu nie były dla niego łatwe. Zachłyśnięty sławą Priestley nie potrafił poradzić sobie w prawdziwym świecie. Jego małżeństwo z Ashlee Petersen (na zdjęciu), zawarte w 1999 r., rozpadło się zaraz potem. Pocieszenia szukał w używkach.

Zresztą, jeśli wierzyć jego znajomym z planu, to właśnie on był największym imprezowiczem z całej ekipy i lubił huczne imprezy, na których alkohol lał się strumieniem.

Któregoś razu pijany Priestley spowodował wypadek samochodowy i trafił do aresztu. Nie wyciągnął jednak żadnej nauki z tego incydentu. Kilka miesięcy później zatrzymano go za jazdę pod wpływem narkotyków.

Otarł się o śmierć

Jedną z największych pasji aktora są samochody oraz wyścigi. W 2002 r. Priestley, jadący z ogromną prędkością (290 km/h), stracił panowanie nad kierownicą. Jak twierdził, miał szczęście, że nie zginął na miejscu.

Natychmiast przewieziono go do szpitala, gdzie przeszedł kilka operacji. Miał uszkodzony kręgosłup (przez jakiś czas nie mógł chodzić), mocno pokiereszowaną twarz, złamany nos i pęknięte kości oczodołu. Jego stan był tak zły, że musiał przejść zabieg rekonstrukcji twarzy. Potem czekała go długotrwała rehabilitacja.

Zawód: reżyser

Teraz Priestley twierdzi, że młodzieńcze szaleństwa ma już dawno za sobą. Jest szczęśliwym mężem Naomi Lowde i ojcem dwójki dzieci. Niedawno można go było zobaczyć w serialu "Private Eyes" i filmie "Sandy Wexler".

Ale tak naprawdę pochłania go praca nad własnymi projektami. Gdy 6 lat temu kręcił telewizyjny "Goodnight for Justice", na plan zaprosił kolegę z dawnych lat, Luke'a Perry'ego.

- Obaj szukaliśmy jakiejś okazji, by zrobić coś wspólnie. Nie miał jeszcze okazji kręcić westernu, dlatego chciałem dać mu na to szansę. Ufam jego umiejętnościom i talentowi. Uwielbiam z nim pracować - mówił zachwycony Perry, który został również producentem wykonawczym.

Teraz Priestley zajęty jest dwiema komediami - "Drilled" i "Keeper of the Cup", której premierę zaplanowano na 2018 r.